Święty Maksymilian Kolbe: Rycerz Niepokalanej, męczennik Auschwitz.

Witajcie na moim blogu. W dzisiejszym świecie, pełnym zgiełku, powierzchowności i często ucieczki od tego, co trudne, warto czasem zatrzymać się i spojrzeć na postaci, które swoim życiem pokazały, czym jest prawdziwa odwaga, niezłomna wiara i miłość posunięta aż do ostateczności. Taką postacią, która niezmiennie mnie inspiruje i fascynuje, jest bez wątpienia Święty Maksymilian Kolbe: Rycerz Niepokalanej, męczennik Auschwitz. Jego historia to nie tylko opowieść o heroizmie w obliczu niewyobrażalnego zła, ale przede wszystkim świadectwo potęgi wiary i całkowitego oddania się Bogu przez Maryję.

Gdy myślę o Świętym Maksymilianie, trudno nie zacząć od jego dzieciństwa. Urodzony jako Rajmund Kolbe w Zduńskiej Woli, już od najmłodszych lat zdradzał niezwykłą pobożność. Krąży piękna, choć może apokryficzna, opowieść o tym, jak mały Rajmund, skarcony przez matkę za jakieś przewinienie, żarliwie modlił się przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Wtedy miała mu się ukazać Maryja, trzymająca dwie korony: białą – symbolizującą czystość, i czerwoną – oznaczającą męczeństwo. Zapytała go, którą wybiera. Chłopiec miał odpowiedzieć, że wybiera obie. Czy to dosłowne wydarzenie, czy piękna legenda obrazująca jego przyszłe życie? Dla mnie nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Ważne jest to, że całe jego późniejsze życie zdaje się być konsekwentną realizacją tego właśnie wyboru – dążenia do czystości serca i gotowości na najwyższą ofiarę.

Jego droga szybko skierowała się ku życiu zakonnemu. Wstąpił do franciszkanów we Lwowie, przyjmując imię Maksymilian. Już podczas studiów w Rzymie, gdzie uzyskał dwa doktoraty – z filozofii i teologii – dał się poznać jako człowiek o niezwykłej inteligencji, ale przede wszystkim jako osoba płonąca miłością do Boga i Matki Najświętszej. To właśnie w Rzymie, obserwując antyklerykalne demonstracje i ataki na Kościół, zrodziła się w nim myśl o założeniu szczególnego rodzaju „rycerstwa”.

Święty Maksymilian Kolbe

I tak w 1917 roku, wraz z kilkoma współbraćmi, założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Jaki był cel? Zdobycie całego świata dla Chrystusa przez Niepokalaną. Święty Maksymilian Kolbe był przekonany, że Maryja jest najpewniejszą drogą do Jezusa, że jest Tą, która miażdży głowę węża – symbol zła. Rycerstwo miało być armią dusz, które przez modlitwę (szczególnie codzienne odmawianie aktu strzelistego: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za nieprzyjaciółmi Kościoła świętego i poleconymi Tobie”), pokutę, a przede wszystkim przez całkowite oddanie się Maryi jako narzędzia w Jej rękach, będą walczyć o zbawienie dusz. Używał do tego, co niezwykle nowatorskie jak na tamte czasy, najnowszych środków przekazu. Wiedział, że aby dotrzeć do ludzi, trzeba mówić ich językiem i korzystać z dostępnych narzędzi.

To pragnienie ewangelizacji zaowocowało powstaniem dzieła jego życia w Polsce – Niepokalanowa. Założony w 1927 roku pod Warszawą klasztor-wydawnictwo stał się prawdziwym „miastem Niepokalanej”. Rozrósł się do niewiarygodnych rozmiarów, stając się jednym z największych klasztorów katolickich na świecie. Pracowało tam kilkuset braci, wydawano czasopisma w milionowych nakładach (na czele z „Rycerzem Niepokalanej”), planowano budowę lotniska i uruchomienie stacji radiowej. Wszystko po to, by jak najszerzej głosić chwałę Bożą i szerzyć nabożeństwo do Maryi. To pokazuje, jak wielkim wizjonerem i organizatorem był Święty Maksymilian Kolbe. Jego wiara nie była bierna, zamknięta w murach klasztoru. Była dynamiczna, twórcza, szukająca wciąż nowych sposobów dotarcia do ludzkich serc. Był prawdziwym „szaleńcem Bożym”, który nie bał się wielkich planów i śmiałych inicjatyw, jeśli tylko służyły one większej chwale Boga i dobru dusz.

Jego gorliwość misyjna zaprowadziła go aż do Japonii. W 1930 roku, wraz z kilkoma braćmi, bez znajomości języka i prawie bez środków materialnych, wyruszył na Daleki Wschód. Tam, w Nagasaki, założył japoński odpowiednik Niepokalanowa – „Mugenzai no Sono” (Ogród Niepokalanej) i zaczął wydawać japońską wersję „Rycerza”. To niesamowite świadectwo jego uniwersalizmu i przekonania, że Ewangelia jest dla wszystkich narodów. Co ciekawe, klasztor w Nagasaki zbudował na zboczu góry, w miejscu, które wydawało się mniej odpowiednie niż inne proponowane lokalizacje. Jednak dzięki temu Ogród Niepokalanej ocalał podczas wybuchu bomby atomowej w 1945 roku, która zniszczyła dużą część miasta leżącą po drugiej stronie wzgórza. Czy to tylko przypadek, czy może dowód Bożej Opatrzności czuwającej nad dziełem oddanym Maryi? Każdy może odpowiedzieć sobie sam. Dla mnie jest to kolejny znak szczególnej opieki Niepokalanej nad swoim Rycerzem.

W 1936 roku Święty Maksymilian Kolbe wrócił do Polski, by ponownie objąć kierownictwo w rozrastającym się Niepokalanowie. Niedługo potem wybuchła II wojna światowa, która miała stać się tłem dla jego najtrudniejszej próby i największego świadectwa. Mimo okupacji niemieckiej, Niepokalanów nie przestał być miejscem miłosierdzia. Klasztor otworzył swoje bramy dla tysięcy uchodźców, w tym także dla Żydów, co w tamtych czasach wymagało ogromnej odwagi. Święty Maksymilian, mimo grożącego niebezpieczeństwa, kontynuował swoją działalność, choć wydawanie prasy zostało mocno ograniczone.

Niestety, jego działalność i wpływy nie uszły uwadze Gestapo. W lutym 1941 roku został aresztowany po raz drugi (pierwszy raz na krótko w 1939) i osadzony na Pawiaku, a następnie, w maju tego samego roku, trafił do miejsca, które stało się symbolem największego upodlenia człowieka – do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Otrzymał numer 16670.

To właśnie tam, w piekle na ziemi, gdzie próbowano odebrać ludziom wszystko, łącznie z godnością i nadzieją, Święty Maksymilian Kolbe pokazał, na czym polega prawdziwa siła ducha i heroiczna miłość bliźniego. Świadkowie, którzy przeżyli obóz, wspominali go jako człowieka niezwykłego spokoju, modlitwy i ofiarności. Mimo skrajnego wycieńczenia i brutalności strażników, dzielił się swoją nędzną porcją chleba, pocieszał współwięźniów, spowiadał, podnosił na duchu. Był dla nich żywym dowodem na to, że nawet w najciemniejszą noc zła, światło wiary może jaśnieć. Pokazywał, że można być człowiekiem nawet tam, gdzie próbowano człowieka zniszczyć.

Kulminacją jego świętości i najmocniejszym akordem jego życia stało się wydarzenie z końca lipca 1941 roku. Po ucieczce jednego z więźniów, jako karę zbiorową, komendant obozu Karl Fritzsch zarządził apel i wybrał dziesięciu skazańców na śmierć głodową. Wśród wybranych znalazł się Franciszek Gajowniczek, który zaczął rozpaczać, myśląc o żonie i dzieciach. I wtedy stało się coś niebywałego. Z szeregu wystąpił wynędzniały więzień numer 16670. Święty Maksymilian Kolbe stanął przed komendantem i powiedział: „Chcę pójść na śmierć za niego. On ma żonę i dzieci, ja jestem sam. Jestem księdzem katolickim”.

Wyobraźmy sobie tę scenę. W miejscu, gdzie ludzkie życie nie miało żadnej wartości, gdzie panował strach i egoizm walki o przetrwanie, jeden człowiek dobrowolnie ofiarowuje swoje życie za drugiego, za zupełnie obcego sobie człowieka. To akt miłości tak czystej i bezinteresownej, że wymyka się ludzkiej logice, zwłaszcza logice oprawców. Zaskoczony Fritzsch zgodził się na tę zamianę.

Święty Maksymilian Kolbe wraz z dziewięcioma innymi skazańcami został zamknięty w ciemnej celi bloku 11, zwanej bunkrem głodowym. Ale nawet tam nie zapanowała rozpacz. Jak wspominali świadkowie (np. tłumacz Bruno Borgowiec, który wynosił ciała), z celi śmierci dobiegały nie jęki i przekleństwa, ale modlitwy i pieśni religijne. To Święty Maksymilian przewodził tej ostatniej modlitwie, przygotowując siebie i towarzyszy niedoli na spotkanie z Bogiem. Umierał nie jako przegrany, ale jako zwycięzca – ten, który miłością pokonał nienawiść.

Po dwóch tygodniach męki, wciąż żył jako jeden z ostatnich. Aby „opróżnić” celę, 14 sierpnia 1941 roku – w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Tej, której był wiernym Rycerzem przez całe życie – został dobity zastrzykiem fenolu. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Ale jego duch zwyciężył.

Historia Świętego Maksymiliana Kolbego nie kończy się w Auschwitz. Jego ofiara stała się symbolem nadziei i zwycięstwa dobra nad złem. Franciszek Gajowniczek, człowiek, za którego oddał życie, przeżył obóz i zmarł dopiero w 1995 roku, dając przez całe życie świadectwo o heroizmie polskiego franciszkanina.

Święty Maksymilian Kolbe

Kościół nie mógł przejść obojętnie wobec takiego świadectwa. W 1971 roku papież Paweł VI ogłosił Maksymiliana Kolbego błogosławionym, a w 1982 roku nasz wielki rodak, Święty Jan Paweł II, kanonizował go jako świętego męczennika. Co ważne, Jan Paweł II nadał mu tytuł „męczennika miłości”, podkreślając, że jego śmierć nie była jedynie wynikiem nienawiści do wiary (choć i ta była obecna), ale przede wszystkim heroicznym aktem miłości bliźniego, na wzór samego Chrystusa, który oddał życie za nas.

Święty Maksymilian Kolbe jest dziś patronem trudnych czasów, patronem rodzin, dziennikarzy, energetyków, honorowych dawców krwi, a także patronem naszego stulecia naznaczonego walką między dobrem a złem. Jego postać jest dla mnie, i myślę, że dla wielu z nas, niewyczerpanym źródłem inspiracji. Pokazuje, że świętość nie jest zarezerwowana dla jakichś nadzwyczajnych ludzi z odległej przeszłości. Jest możliwa tu i teraz, w każdych warunkach, nawet tych najbardziej nieludzkich. Pokazuje, że prawdziwa siła nie leży w przemocy czy dominacji, ale w miłości, ofierze i wierności Bogu aż do końca.

Jego całkowite zawierzenie Maryi, bycie Jej „Rycerzem”, to także ważna lekcja dla nas. W dzisiejszym świecie, który często próbuje marginalizować rolę Matki Bożej, przykład Świętego Maksymiliana przypomina nam, jak potężną jest Ona Orędowniczką i jak bezpieczną Przewodniczką na drogach wiary. Jego „Totus Tuus” („Cały Twój”) wobec Maryi było fundamentem jego siły i odwagi.

Bycie Rycerzem Niepokalanej to nie tylko przynależność do założonego przez niego ruchu, ale postawa serca – postawa gotowości do walki ze złem w sobie i wokół siebie, z pomocą Tej, która zdeptała głowę szatana. To postawa zaufania, że z Jej pomocą możemy zdobywać świat dla Chrystusa, zaczynając od zdobycia dla Niego własnego serca.

Święty Maksymilian Kolbe, franciszkanin, misjonarz, wizjoner mediów, założyciel Niepokalanowa, a wreszcie męczennik Auschwitz – jego życie było niezwykle bogate i wielowymiarowe. Ale przez wszystkie jego etapy przewijała się jedna nić – płomienna miłość do Boga i Niepokalanej oraz pragnienie służby bliźniemu. Jego ofiara w bunkrze głodowym była najwyższym wyrazem tej miłości, pieczęcią na całym jego życiu oddanym Bogu.

Niech przykład tego wielkiego Świętego umacnia naszą wiarę, dodaje odwagi w codziennych zmaganiach i przypomina, że nawet w największych ciemnościach miłość jest silniejsza niż śmierć. Święty Maksymilianie Kolbe, Rycerzu Niepokalanej, módl się za nami!

Przewijanie do góry